pomysł

W kontekście rozważań z poprzedniego posta… zastanawiam się od dawna, jak opisać różnice między uczelnią w Kanadzie i w Polsce. Analizuje i straszliwie krytykuje Koźmińskiego w porównaniu z UVIC (mimo, że na tle innych w Warszawie wydaje mi się być na dobrym poziomie) i powtarzam sobie, że nie mam prawa krytykować, skoro nic nie robie, aby zmienić…

Zatem zastanawiałem się nad prezentacją problemów uczelni z punktu widzenia studenta trzeciego roku. Prezentacją przed władzami uczelni.

Problem z takim  rozwiązaniem to dotarcie do władz (które nie jest tak łatwe) i uzyskanie ich zainteresowania, co też może nie być łatwe (zainteresowanie krytyką?)… Ostatnim problemem jest uzyskanie wiarygodności – wszak jestem studentem, a nie ekspertem.

Przed chwilą wpadł mi do głowy pomysł… student socjologii napisze pracę z socjologii organizacji na temat błędów organizacyjnych uczelni Koźmińskiego na przykładzie porównawczym z uczelnią Victoria University. Format taki pozwala mi poświęcić na to dużo czasu, przygotować badania, ankiety satysfakcji studentów, uzyskać pomoc wykładowców, którzy na Koźmińskim prowadzą dobre zajęcia w przygotowaniu tego i, jeśli praca będzie dobra, powinna odbić się głośnym echem i wywołać reakcję. Jeśli będzie słaba, to znaczy, że nie umiem tego przekazać lub nie mam racji, więc dobrze, że nie dotrze do uszu rektora…

Zobaczymy jak ten pomysł wykiełkuje 😉

Polubić samolot

Polubić samolot… trzeba… w sumie wybór niewielki.

Wczoraj wylądowałem w Warszawie, 15 godzin w samolocie i na lotniskach – Victoria, Vancouver, Frankfurt, Warszawa.

Dobra wiadomość jest taka, że Lufthansa odnowiła flotę i nowe Airbusy 340-600 mają ładne ekraniki per capita, są filmy, programy itp. Nadal troche mało miejsca na nogi w porówaniu z British Airways.

Spotkałem się wczoraj z przyjaciółmi, piwko, bilard, kręgle, czas zleciał szybko 🙂

Teraz, w Wawie parę spraw do wtorku, potem Paryż do piątku, Barcelona do poniedziałku i powrót do Victorii na wtorek.

W sumie około 38 godzin lotu w 10 dni w tym dwa 10-cio godzinne. 🙁

No i smutna wiadomość. Wracając do kraju cieszyłem się tylko ze spotkania z Mamą i przyjaciółmi. Polska to nie jest piękny kraj. Polska to nie jest kraj ludzi uśmiechniętych i pozytywnych. Polska to kraj gdzie wszystko wymaga napraw – od kranu w kuchni, przez domofon, ulice, rząd, aż po mentalnośc.

Polska to kraj który ma wiele lat pościgu przed sobą żeby dogonić Europę (Francja, Niemcy, UK…), a potem jeszcze więcej lat, żeby razem z tą Europą dogonić USA/Kanadę… I najbardziej boli, że kiedy przylatuję tutaj, to nie widzę ogólnej mobilizacji, motywacji żeby cywilizacyjnie się rozwijać. Widzę tę połowę społęczeństwa z którą trzeba literalnie “walczyć”, aby się rozwijać. Która rozwój wszelaki postrzega jako zagrożenie swego tusieurodziłemitumrę, swego tojemojaojcowizna, swojego sarmackiego niebędąmiętuobcemówili, swojego jawiemkurwaswoje, swojego misjonarstwa, przedmurza chrześcijańskiej Europy… I coraz bardziej zastanawiam się czy warto. Czy ja naprawdę chcę spędzić życie walcząc z moimi rodakami o uśmiech, spokój, pozytywne nastawienie, tolerancję, radość życia, brak wrogów… czy ja chcę wbrew nim walczyć o mój kraj, czy może jednak lepiej pozwolić im mieć swoich wszędobylskich wrogów, walczyć – choćby w głowach – o ich “wartości”, gnuśnieć dalej w swojej “dumnej polskości” i przypomnieć sobie słowa Jacka…

Nie ja niszczyłem kraj, nie ja
Będę go teraz budował
A nawet gdybym, co to da?
Nie dam się nabrać na słowa

Widziałem, jak mój ojciec żył
Co całe życie pracował
Aż umarł, żyć nie mając sił
Nie było za co pochować

Do czynu niech się rwie, kto chce
Syzyfów tutaj nie braknie
Więc nabierajcie ich, nie mnie
Na Polskę naszych pragnień

Moje pragnienia - moja rzecz
Nie w sercu mi się gnieżdżą
Mówcie mi "zostań", mówcie "precz"
A ja i tak wyjeżdżam

Na nogi stanę pracą rąk
Bez Boga i przypadku
A pomoc stamtąd ludziom stąd
Odliczę od podatku

Zwłacza, że coraz mocniej mam poczucie, że cały temat walki o rozwój mojego kraju (w moim rozumieniu), to nie tylko walka z czasem, zasobami i przeszkodami. To nie tylko nadganianie wielu dziesiątek lat za cywilizacją, ale to przede wszystkim walka z moimi rodakami, którzy nie chcą się uczyć. Którzy nie chcą zmian. Którzy “wiedzą swoje”, i nie chcą nic poznawać, bo wystarcza im “ich zdanie”. To walka beznadziejna. Oni chcą budować “dumną ojczyznę”… “Polske biedną, albo bogata, byle katolicką” i takie tam… chcą walczyć o “wartości chrześcijańskie” w świecie, który dawno uzyskał je bez pomocy kościoła… Mimo, że już wolni, to nadal, jak za komuny, chcą być najlepsi w rozwiązywaniu problemów, których nikt inny nie ma.

W swoim zacietrzewieniu i walce o “Polskę” przypominają mi anegdotę o rosyjskich generałach, którzy nadal wymagają, aby mapy Rosji były niedokładne, aby “zmylić wroga”… i biedni nie wiedzą o google maps.

Tak właśnie postrzegam polski “biznes”, polską “politykę”, polskie “ja”. szarpanie się za włosy o parady gejów, podatek liniowy, prywatyzację szpitali, odnowę moralną… trzy zdania, na każdych trzech polaków, każdy wie wszystko lepiej od innych.

Wczoraj wysłuchałem tyrady od osoby, która nigdy nie była w Ameryce n/t tejże Ameryki, jej polityki, wartości, nadchodzących wyborów, tego kto ma rację, kto nie, komu o co chodzi i dlaczego. I nie musiał studiować amerykanistyki. Jechać tam. On “wie”. Każdy Polak nie tylko jest lepszym trenerem od Beenhakkera, jest też znawcą polityki, psychologi, socjologi, mediów, kultury… wszystkiego. Z taką osobą dyskusja o “normalności” jest z góry przegrana.

Smutne, ale siedząc we własnym domu, w Warszawie, nic poza najbliższymi mi ludźmi mnie nie trzyma. I tak, rozglądam się za uczelnią “tam” na dalsze studia. Nie chcę stracić życia na walkę o coś czego połowa nie chce skoro mogę żyć spokojnie, nad brzegiem oceanu, w pogodnym kraju uśmiechniętych ludzi, gdzie nie ma dresiarzy, nikt nie chce mnie oszukać, wokól jest piękna przyroda, którą się szanuje, natura jest częscią mentalności, a nie “wymysłem ekologów”, najbardziej dumną cecha narodową nie jest “cwaniactwo”, a szacunek do drugiego człowieka wykracza poza wyobrażenie.

Może za pare miesięcy mi przejdzie, na razie za dwa dni wyjeżdzam.

Kandydaci inni, wyborcy… podobni?

Istnieją fundamentalne różnice w poglądach między McCainem, a Kaczyńskim, Republikanami a PiSem, Demokratami a PO, Obamą a Tuskiem… Tak skrajnie odległe, że nieodmiennie śmieszy mnie gdy na Salon24.pl Ci sami, którzy tęsknią za IV RP, PiSem i Kaczyńskimi wierzą, że McCain jest “ich” kandydatem, a w Obamie widzą drugiego Tuska (tak, tak… skrajna kohorta z Marylą, FYMem, Terlikowskim i resztą grupy, która wierzy, że PiS walczy o otwarcie teczek, a nie kontrole nad nimi, na czele).

Jednak, gdy spojrzymy na wyborców…

… to zaczynam dochodzić do wniosku, że nie jest ważne jakie poglądy mają kandydaci. Ważna jest mentalność wyborców. McCain może mieć kompletnie inne poglądy od Kaczyńskiego, ale intelektualna blogosfera wyborców Kaczyńskiego popiera McCaina, bo musi kogoś wybrać, szuka kogoś kto jest najpodobniejszy do Kaczyńskiego z pary Obama/McCain… Ponieważ trudno zrozumieć jak republikanie mogą popierać ulgi podatkowe dla najbogatszych, wierzyć ślepo w wolny rynek itp. popierają tego, kogo popierają amerykańscy wyborcy bardziej podobni do wyborców ich kandydata – mocherowe berety kontratakują… (no, może jeszcze drugą wskazówką jest postura, Tusk bardziej przypomina Obame, Kaczyński McCaina)…

Dla mnie jedynie nadzieja, że jak Obama wygra, to polscy politcy i wyborcy zobaczą jakie cechy powinien mieć przywódca, bo na razie, mając Busha za wzorzec to trudno się dziwić, że Tusk nic nie robi tylko się uśmiecha, a Kaczyński pokonuje “układ” i “zło” we wszystkim co widzi…

update: na wypadek gdyby ktoś nie był przekonany… McCain musiał zabierać mikrofon pani, która krzyczała, że Obama to Muzułmanin (w Polsce byłby pewnie Zydem), oraz panu, którzy krzyczał, że jest przerażony tym, że Obama może wygrać. Obydwu McCain tłumaczył, że Obama to rozsądny i porządny człowiek, z którym się nie zgadza w kwestiach politycznych i o to chodzi w kampanii… Ciekawe czy, któryś Polski polityk odważyłby się tak zareagować w czasie gdy jego wyborcy obrażają kontrkandydata?

Declare yourself

Ameryka kończy przygotowania do wyborów (w niektórych stanach trzeba się zarejestrować do dzisiaj aby zagłosować…).
Wielu aktorów oraz innych “celebrities” zaangażowało się w kampanię promującą głosowanieo nazwie Declare Yourself.

W ramach tej kampanii przygotowali kilka bardzo mocnych filmików. Fajny materiał do analizy jak myślą amerykanie którzy nie idą głosować (tzn. w co dokładnie te filmiki próbują trafić), oraz jak ostro mogą zachowywać się amerykańskie gwiazdy w porównaniu z polskimi (wyobraźmy sobie nasze celebritki krzyczące “Fuck it” albo występujące w roli Alby):

Podoba? Nie podoba? Na pewno świetnie nadaje się na kampanie wirusową i świetnie wpasowuje się w styl i humor amerykańskiej “elity” dużego ekranu i muzyki (dołączając do takich akcji jak ” I’m fucking Matt Daemon” czy manifestu politycznego “Yes, we can“)

p.s. dla porównania “Zmień kraj – Idź na wybory” z 2007