Nasza, za przeproszeniem, polska, za przeproszeniem, kultura…

Ano stało się. Stanisław Lem zmarł dziś w nocy. Wielki człowiek, wielki umysł, autorytet. Kto wie czy nie ostatni, kiedy odeszli prof. Tischner, Jan Paweł II, Jan Nowak Jeziorański, Czesław Miłosz, Jacek Kaczmarski, Zygmunt Kałuzyński… Ilu zostało? ksiądz Boniecki i… nie wiem, trudno mi w tym momencie podać inne nazwiska. Nazwiska ludzi, których zdania nie sposób nie szanować.

Taki stan rzeczy to wynik kilku czynników. Od dwóch walców, hitlerowskiego i stalinowskiego, które przetoczyły się przez Polskę wybijając inteligencję tego kraju, przez dzisiejszą abnegację wartości, aż po “pokolenie big-brothera”, które jest moim zdaniem znacznie celniejszym określeniem niż wszystkie generacje nic, X, zero, czy JPII. Jest jednak jeszcze jedna przyczyna, która sprawia, że my, jako naród, absolutnie nie nadajemy się do bycia “wielkim”. Nasze korzenie.

Postaram się po krótce omówić trzy pierwsze punkty, ostatni zostawiając sobie na koniec, jako wymagający najlepszego udowodnienia (gdyż jako jedyny jest wnioskiem moim własnym).

1) Walce

Polska ma pecha. Umieszczenie nas między Niemcami a Rosją, było wybitną złośliwością, czy Pana Boga, czy losu. Rozbiory, I Wojna Światowa, II Wojna Światowa, Stalinizm, Komunizm, to właściwie esencja naszych ostatnich 200 lat. Krótkie okresy takie jak 20-lecie międzywojenne, czy III RP nie miały szansy nic tu naprawić. Wspólną cechą wymienionych okresów w historii Polski jest śmierć inteligencji. Inteligencji w znaczeniu sfery ludzi, którzy tworzą kulturę, cechują się wyższym statusem społecznym, politycznym, elokwencją, wykształceniem, słowem – elity kulturalnej. Wojny zabijały wszystkich, ale juz w Powstaniu Warszawskim, gineli głównie ludzie, którzy świadomie, rozumiejąc tragedię, szli na nie. Śmiem twierdzić, że w większości była to owa Inteligencja. W okresie zaborów, tępiona, lub przynajmniej mocno ograniczana była polskość, jako taka, w okresie stalinizmu, Inteligencja była wybijana, w okresie komunizmu, nielubiana. I o dziwo sądzę, że komunizm zaszkodził tu najbardziej. Trwając 40 lat miał dość czasu, aby wpłynąć na pokolenia, pokolenia, które aby piąć się w górę potrzebowały być towarzyszami, robotnikami i idiotami, a nie pisarzami, filozofami, naukowcami. Na takich kariera nie czekała. Po drugie, poprzez odwrócenie drabiny społecznej, wypychała w górę, zapewniała pracę, mieszkanie w stolicy itp. warstwom wiejskim, najmniej wartościowym pod względem intelektualnym. Nagradzała SB-ków, posłusznych partyjnych, cały ten motłoch, który nie musiał posiadać ani krzty inteligencji, aby zajmować ważne stanowiska, przenieść się do dużych miast i tworzyć ekosystem państwa. W efekcie, gdy drabina znów się odwróciła w stronę, która utrzymywana jest przez zachodni świat, nagle okazało się, że nasz naród posiada marginalną liczbę osób o doświadczeniu i poziomie intelektualnym pozwalającym im sprawować wysokie funkcje. Resztę obsady trzeba było dobierać z poprzedniego systemu…

Dodatkowo komunizm uczył nas, jako naród, kombinować, oszukiwać, kręcić, tworzył wprost idealną glebę dla krętaczy, dla kumoterstwa, nepotyzmu, uczył nas jak oszukiwać o każdy grosz, lenić się i odwracał wszystko w krzywym zwierciadle.
Dziś, choć minęło 16 lat cały czas odczuwamy tego rezultaty. Kiedy kolejny pracownik idzie do firmy, w której pracować nie chce, kiedy kolejny leń siedzi na bezrobotnym, kiedy kolejny szef dużej firmy żałuje podwyżki 400 zł pracownikowi, który dzięki temu przestałby pracować nad “fuchami” i dałby firmie znacznie więcej, kiedy w kolejnej firmie w ramach cięć każą płacić za kawę, a zwłaszcza kiedy naród, kompletnie pozbawiony uniwersalnych ideii i przekonań, zmienia je z wyborów na wybory o 180 stopni, zależnie kim ostatnio się sparzył. To wynik komunizmu.

Dodatkowo, brak elit intelektualnych powoduje, że nie mamy się kogo słuchać. Nie ma nikogo, kogo głos mógłby zmienić losy wyborów. A jeśli ktoś taki jest, to z elitą intelektualną nie ma nic wspólnego… (Andrzej Lepper, Tadeusz Rydzyk)

2) Abnegacja

Jesteśmy narodem niebywale zakompleksionym i introwertycznym. Narodem, który wychowany w chorych “zasadach” i “regułach” nie dyskutuje o pewnych aksjomatach, boi się przyznać do własnych słabości, okłamuje siebie i innych, nie chce uświadomić sobie swoich problemów i przestać samych siebie, we własnych oczach, wyolbrzymiać. Jestem absolutnie przekonany, ze nasza głęboka religijność ponosi za to lwią część winy. Nie religia, to nie ma z nią wiele wspólnego, ale jej polska odmiana. Polski Kościół Katolicki, ta jego część, która nie uczy nas wiary, tylko uczy nas się bać, nienawidzić innych zdań i światopoglądów, uczy nas nie myśleć, tylko słuchać, nie wybierać, tylko podążać, leczy nasze kompleksy każąc nam wierzyć, że jesteśmy Narodem Wybranym i uczy jak nienawidzić tych, którzy dowodzą, że nie jesteśmy. Że jesteśmy tylko jednym z wielu postkomunistycznych narodów, który dość słabo się rozwija, nie daje sobie rady z przemianami i którego psychiczne problemy blokują przed odrzuceniem błędów przeszłości.

Ale z nie jest już winą żadnej religijności, to, że leczymy swoje kompleksy poprzez odrzucanie autorytetów. Moim zdaniem, przyczyną są już tylko kompleksy (choć zawsze można dowodzić, że kompleksom winny jest Kościół ;)). Wstydzimy się tego, że jesteśmy leniwi, że trudno w Polsce jest się wybić, i raczej jest to dziełem przypadku, niż zdolności, inteligencji i pracy. Brzydzimy się też myślą, że mogą być ludzie na tej planecie, którzy są od nas do czegoś lepiej predystynowani. Szybsi, silniejsi, lepiej umuzykalnieni (nienawidzimy Murzynów), bardziej gospodarni, lepsi w ekonomii (nienawidzimy Żydów i Azjatów), szczęśliwsi dzięki prostocie i brakowi wojen (nienawidzimy Amerykanów), albo, co chyba najgorsze, po prostu inteligentniejsi. Mierzi nas myśl, że ktoś może po prostu urodził się znacznie od nas inteligentniejszym i nie mamy szans go zapyskować, zakrzyczeć, zarzucić naszą nienawiścią, nie mamy szans mieć więcej racji.

Od pewnego czasu jeżdzę po świecie, przynajmniej zachodnim. Rozmawiam z ludźmi z wielu krajów, Chin, Nowej Zelandii, Czech, Belgii, USA, Kanady, Meksyku, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec… I jedną z różnic jest właśnie to dopuszczenie do myśli, że możliwe, że ja nie jestem najlepszym materiałem na myśliciela. Tam jest to oczywiste, w Polsce nie. I znowu widac wpływ komunizmu… “Nawet sprzątaczka może zostać prezydentem”, nawet Lepper może zostać wicemarszałkiem, Elżbieta Kruk przewodniczącym KRRiT, a Samoobrona 3 największą partią w sejmie.
(btw. często podawany kontr-przykład z Bushem jest nietrafiony, w USA funkcja prezydenta, gubernatora itp. to przede wszystkim wynik popularności, za każdym z polityków, którzy mają jakiekolwiek szanse na stanowiska stoi piekielnie mocny sztab specjalistów i to oni podejmują decyzje, które są wydawane pod marką tegoż prezydenta czy gubernatora. To inny system, niż w Polsce).

Wracając do abnegacji. Objawia się ona tym, że w Polsce nie istnieje chyba żaden człowiek, którego dokonań, wiarygodności, poziomu, inteligencji czy wiedzy przynajmniej 1/4 kraju by nie negowała. Podając dowolne nazwisko, mam pewność, że przynajmniej co czwarty z ludzi wokoło będzie miał o nim złe zdanie. I nie chodzi o to, że się z nim nie zgodzi, ale też powie, że jest to żałosny kłamca, idiota i generalnie dowiedzie, że nie ma żadnego powodu, aby go szanować.

To niebezpieczne. W kraju pozbawionym jakichkolwiek autorytetów, bardzo trudno takie wytworzyć. Lem był jedną z takich postaci. Poza marginesem fundamentalistycznym, Lema szanował każdy. Nie każdy musiał sie z nim zgadzać, nie każdy musiał uznawać jego przekonanie o słuszności wojny w Iraku, ale każdy kogo znam szanował jego zdanie.
Brak takich autorytetów, szczególnie mocno widoczny w dniach kiedy umierają Wielcy, wynika z kompleksów, oraz z pewnego syndromu, który sprawia, że politycznie bliżej nam do bliskiego wschodu niż europy. Braku elektoratu centrowego. Wiekszość świata zachodu posiada w gruncie rzeczy podobne podejście do świata. Wychowani w duchu tolerancji, równouprawnienia, szacunku do drugiego człowieka, wolności słowa, demokracji, kapitalizmu, laicyzmu państwa i władzy oraz społeczeństwa obywatelskiego mogą głosować na różne partie, ale gdyby którakolwiek z nich zamachnęła się na pewne pryncypia, nie zdobędzie większości. Oczywiście, na tle nudnego centrum, od czasu do czasu, wyczuwając koniunkturę na chwilę wyskoczy w górę jakiś skrajny ekstremistyczny polityk, ale to tylko chwilowe i pryncypialnym ideom nie zagraża. Obecne pokolenie Polaków nie jest wychowane w duchu żadnej z powyższych ideii, i tak naprawdę dzielimy się politycznie i społecznie na prawicę, lewicę, i tych, którzy olewają. Prawicy i Lewicy jest więcej niż na zachodzie, i póki (z przykrością to pisze) pokolenie naszych rodziców nie wymrze, tak pozostanie. Ludzie, którzy spędzili większość życia w komuniźmie, nigdy nie uwolnią się od niego. 🙁 Natomiast ta rosnąca grupa olewających, to właśnie, w normalnym społeczeństwie, elektorat centrum. Ludzie wychowani w poczuciu, że w wyborach należy głosować, że jest to Święto Demokracji, głosują zawsze, a ponieważ nie walczą, to nie głosują na żadne lewice ani prawice, tylko na partie centrowe. To czy dana partia jest troszke bardziej konserwatywna, czy troszke bardziej liberalna, czy troszke bardziej społeczna czy troszke bardziej kapitalistyczna to inna sprawa, ale walka odbywa się między dużymi partiami polityków podzielających pryncypialne idee, i różniących się metodami ich wykonania.

W Polsce, z braku elit politycznych, autorytetów i generalnie ze względu na naszą niechęć otwarcia na różne idee (w tym taką, że są od nas ludzie mądrzejsi), głosujemy niemalże losowo, zależnie kto ostatnio się zbłaźnił, bardziej “przeciw” komuś niż “za” kimś. Politycy (nie elity, bo ich nie ma) dostosowują się do zapotrzebowania i sa równie żałośni.

A my dalej nie szanujemy nikogo, jako naród nie pozwalamy nikomu wspiąć sie w góre, nie uznajemy nikogo za elitę intelektualną, bo jeśli ktoś, choćby nie wiem jak mądry, powie coś z czym się nie zgadzamy, to nasz umysł znajduje drogę do udowodnenia sobie i innym, że to ten “niby” autorytet się myli, a nie my. Dzisiejsza władza pogłębia tę zapaść ideologiczną, prezes Kaczyński już tłumaczy, że albo ktoś się z nim zgadza, albo jest kłamcą i kretynem, a jeśli Trybunał Konstytucyjny wskazuje, że jakiś jego projekt przeszedł niezgodnie z konstytucją, to zamiast przyznac się do błędu, zaczyna siać sugestie, że Trybunał nieomylny nie jest, ufać mu się nie powinno, i właściwie, możliwe, że trybunał też jest kłamcą, bierze w łape od naszych wrogów, i należy do łże-elity. To fenomelnalny przykład tego jak podchodzimy do każdego kto się z nami nie zgadza… Naród uczony nie myśleć, nie otwierać się na inne poglądy, zatrzaskiwać we własnych przekonaniach (narzuconych przez szamanów danego pokolenia), broni się przed otwartmi dyskusjami, w obawie, że mógłby nie mieć racji, oraz obala wszelkie potencjalne autorytety, w obawie, że autorytety nie zgodzą się z nim.

3) Pokolenie big-brothera

To jakby naturalna konsekwencja poprzednich dwóch punktów. Skoro nie ma autorytetów, to autorytetem może być każdy, a w szczególności JA. Mogę być autorytetem dla samego siebie, a także dla innych we wszystkim. Na szczyty dochodzi się dzięki uległości i kontaktom, więc mogę dojść tam i ja, choćbym był leniwy i głupi. Nie chcę mi się pracować, a winę za to, ponoszą inni, a skoro ponoszą inni, to ja moge być dalej autorytetem. Skoro jestem autorytetem, to nie słucham, nie czytam, tylko mówie. Skoro nie czytam i nie słucham, to czas potrzebny w dyskusji na to, aby druga strona powiedziała swoje zdanie, poświęcam na przygotowanie swojej, błyskotliwej repliki. Dodatkowo, dzięki takiemu podejściu unikam niebezpieczeństwa zetknięcia z innym poglądem niż mój oraz przykrej konieczności za wszelką cene udowodnienia sobie, że tamten pogląd jest gorszy niż mój (co mogłoby być trudne). Aby naród nie miał problemów z tematami drażliwymi, poważnymi, niebezpiecznymi dla spokojnych przekonań usidlających kompleksy, to niech do milionów docierają tylko Ci, którzy nic do powiedzenia nie mają. Nie mając nic do powiedzenia, nie są groźni. Najlepiej, żeby karmili moje przekonania o tym, że jestem pokrzywdzonym przez los narodem wybranym, który dawno by zawojował świat, tylko okoliczności i wrogowie nie pozwalają. A skoro nie pozwalają, to nadal mogę, ja – autorytet – siedzieć w fotelu i oglądać moich nic nie wartych idoli…

Takie myślenie ma kolosalną skuteczność i ogromną zaletę. Utrudnia w ogromny sposób wykształcenie elity. Bo elity dostępu do mediów nie mają. Media Publiczne niosą “misję” poprzez teleturnieje, reality showy, talk showy, i inne showy, oraz, w wydaniu Kaczyński, zastępy księży, którzy nic do powiedzenia nie maja. W takiej sytuacji umysły, które z powodu choćby tego, że nie wychowały się w świecie bez elit, czyli pokolenie starsze, elit szuka. Autorytetów, które pomyślą za nie. I dostaje je, w postaci Rydzyka.

4) Kultura

Wczoraj przytrafiło mi się obejrzeć występ zespołu Gaelforce-Dance. Nie był to występ fenomenalny, ale z całą pewnością bardzo dobry. Jednak po raz kolejny skłoniło mnie to do porównania tradycji ludowych i kulturowych Polski i Irlandii. Słuchając muzyki celtyckiej, irlandzkiej lub szkockiej, nordyckiej, fińskiej, hiszpańskiej, meksykańskiej, brazylijskiej, japońskiej, chińskiej, indyjskiej i porównując ją z polska muzyką ludową, jestem przerażony. Nasza muzyka nie ma żadnego ugruntowania w legendach i kulturze. Każdy element naszych tradycji jest rozproszony i tak naprawde trudno w tym znaleźć coś naszego, własnego. Albo pochodzi z Kościoła Katolickiego, albo z Rusi. A już absolutnie nie jest to atrakcyjne kulturowo dla świata. Z racji tego, że jako młody chłopak w teatrze muzycznym odsłużyłem swoje kilka lat, z muzyką polską zapoznałem się trochę, dziś porównując ją z kulturami innych krajów wydaje mi się ona niesamowicie płytka. Jakie posiadamy legendy? (wchodzę w buty prof. Tolkiena, który pytał o to samo na Oxfordzie, ale ja raczej drugiego Hobbita nie napiszę ;)) Jak łączą się one z naszą muzyką ludową? Jakie szanse ma nasza muzyka ludowa w dzisiejszym świecie?

Nie są to pytania bezpodstawne! Irlandzka kultura ma się świetnie! W irlandzkich pubach słychać irlandzką muzykę, nie MTV, w irlandzkiej muzyce opowiada się irlandzkie legendy, a w polskiej? Czy za całą polską kulturę uznamy pseudo-góralską muzykę Brathanków? A co z resztą kraju? Tam nie ma tradycji?

Co by wyszło, gdyby mając nieograniczony budżet chcielibyśmy przygotowac profesjonalne przedstawienie muzyczne pokazujące naszą polską kulturę w świecie? Czy mamy jakiekolwiek szanse zainteresować nią młodzież zachodnią? Czym różni się nasza tradycja ludowa od czeskiej, słowackiej, ukraińskiej, rosyjskiej? Co czyni nas atrakcyjnymi? Moim zdaniem absolutnie nic.

Muzyka irlandzka jest pełna pasji, czasem skoczna, szybka, wesoła, czasem wolną i zawsze piękna, lekka; polska muzyka kojarzy mi się bardziej z zawodzeniem wiejskich kółek różańcowych, które górolszczyzną wyją, o panu Bogu i takich tam poprawnych politycznie tematach. To wszystko jest absolutnie płytkie, jednowymiarowe, wskazuje, że tradycje tworzono tak, aby mogli tę muzykę wykonywać ludzie nie umiejący śpiewać, tańce, tacy, którzy tańczyć nie umieją, a legendy opowiadali Ci którzy opowiadać nie umieli. Dlaczego słuchając muzyki irlandzkiej moja wyobraźnia podsuwa mi irlandzkie legendy, lasy, krajobrazy, wiele wieków mitycznych zdarzeń, królów, epok, bardów, celtycka zaś drudiów, mocy i magii, a polska przaśnych bab z koła gospodyń wiejskich i nalanych wiejskich chłopów kręcących się w koło?

Czy to ma wpływ na aktualny stan Polski? Jeśli tak to jaki? Wydaje mi się, że jeśli nie ma, to tylko dlatego, że nasza własna tradycja ludowa jest absolutnie pozbawiona wartości.

Oczywiście, nie twierdzę, że wszystkie kraje wokoło posiadaja wspaniałe tradycje ludowe, dowodzę tylko, że trzy pierwsze czynniki, na dodatek połączone z brakiem zakorzenienia naszych przekonań we własnych tradycjach dają mieszankę, która odbiera mi nadzieję, że w ciągu najbliższych 3-4 pokoleń możemy dogonić cywylizację zachodu. Bo żeby ją dogonić, należałoby najpierw znaleźć autorytety, wysłuchać ich, zgodzić się ogromną większościa narodu, w która stronę chcemy iść i razem, ogromnym wysiłkiem tę europę gonić… A do tego nam chyba się nie spieszy…

“Polska jest, za przeproszeniem, cywilizacyjnym zadupiem.” Stanisław Lem

Wolny wybór

“To jak? Zrobimy wybory teraz, kiedy nasi wyborcy jeszcze nie zrozumieli, że ich oszukujemy i albo wygramy, albo wygramy za 4 lata, czy nie robimy teraz wyborów, i wtedy to już nie ma mowy, żebyśmy władzę oddali i przez najbliższe 3 lata tak Wam pokażemy co to znaczy korzystać z władzy że pierwsze pół roku będziecie wspominali jako okres beztroskiej wolności słowa i rozważnych rządów… hmm?”

Prawie… robi wielką różnicę

Szkoda, że post z prezentem od Pawła na dzień kobiet obejrzałem dopiero dziś… Jest piękny.

Pierwszy teledysk pełen jest szalonych scen kaskaderskich, to na autostradzie (prawie jak Matrix), to na dachu wieżowca (prawie jak Matrix), to w podziemnym garażu (prawie jak Archiwum X). Warto zwrócić też uwagę na Efekt Specjalny (prawie tak dobry jak słynne Komputerowo Robione Potwory z filmu Wiedźmin) w postaci wokalisty zamkniętego w szklanej bańce mydlanej…
W drugim, poza post-nuklearna scenerią (prawie jak z Cyberpunka), mamy też fenomenalny układ choreograficzny, (prawie jak z teledysków Madonny).

Pusty raj…

W pustym raju dni po wygnaniu
Stwórca trawi na długich spacerach
Nocą leży na chmurnym posłaniu
Jasność własna sen mu odbiera
Swoich praw się uczy na pamięć
Sam ich musi przestrzegać by trwały
W pustym raju niebo jak kamień
Pusty raj jest dla Stwórcy za mały
(...)
Na ludzkim lądzie
Nagle już starzy
Adam wciąż błądzi
Ewa ciągle marzy 
(...)
Pusty Raj, Jacek Kaczmarski, 1980

Hard to explain

Sometimes, when I say something wrong, and I’m trying to fix it be explaining those words, I plunge deeper into thing I didn’t meant. And then, I’m afraid of doing it once more, cause there’s no way out of bad explained, good thesis. I can just hope that empathy exists…